nim, czyhały na każdą chwilę jego nieuwagi, na każdy moment
Stefan Żeromski pań i panów, prostował się, ile mógł. Miasto zrobiło na niego wrażenie. Był przygnieciony jego wielkością i, jak mu się zdawało, niesłychanym majestatem. Mijał jedną ulicę za drugą, dworki otoczone
wrzynał się śmiech wszystkich tamtych. Oskarżali go! Przeciwko niemu kierowali wszystkie te straszliwe historie i swój śmiech bezlitosny. Czego chcieli od niego? Ach, czuli w nim przecież wroga,
Cytat
najbliżej, czaiło się i plątało wszędzie, gdzie go nie posiano. Nie brakowało wśród tej zbieraniny notorycznych wariatów, półwariatów, jurodiwych, histeryków i pomylonych dopiero co, którzy jeszcze
dlatego zawołał z powrotem Leni, która już była na korytarzu. - Zanieś mu jednak najpierw zupę - powiedział - niech się posili przed rozmową, to mu się przyda. - Pan jest także klientem
Cytat
jednak wuj zaprowadził go już do adwokata, przemówiły względy familijne; jego pozycja nie była już całkiem niezależna od przebiegu procesu, on sam z niewytłumaczoną satysfakcją uczynił wobec
i w nim ocknęło się Iwie serce. Wyprostowany, pewnymi kroki szedł naprzód pragnąc jednym ciosem zwalić na ziemię każdego, kto zechce zakłócać jego marzenia. Zaświeci im w ślepie pańskim śmiechem!