ze względu... i tak dalej...
Stefan Żeromski wierzchołków leśnego ostępu niby szata posępna. W dali, na rozjaśnionym niebie ukazały się szczyty gór. Oblicza ich były przepiękne, ozdobione wspaniałością wschodu. Trupie czoła turni wdziały
dreszczów i cierpiał z powodu bólu głowy. Wyruszyli w zimie na statku zdążającym do Carycyna jako dwaj robotnicy, którzy pracowali w kopalniach nafty, a teraz wskutek przewrotów i zawieszenia robót
Cytat
przełazili przez wierzchołki przedpiersia i tu, rażeni śmiertelnie wyciorami, drągami, bagnetem, darli się do armat. Gintułt nie mógł pojąć, co to za ludzie. Widział w blaskach ognia ich niskie
Potrafisz? - Potrafię. - Wszakże - ciągnął pan z uśmiechem - chodziłeś na filozofię? - A tak... Chodziłem. - Po łacinie umiesz także? - Umiem. - Otóż to właśnie! Ponieważ ja w łacinie jestem prawie
Cytat
zaszło za garby Furki. Nikt z mieszkańców nie chciał słyszeć o drodze. Wypadło tedy nocować w tej ostatniej mieścinie przed łańcuchem gotardzkim, dokąd sięga gwara niemiecka. W małej starożytnej
won! Pijemy! Czyś ty wąchał proch, pomidorowy jezuito? Siedziałeś w mysiej dziurze u Pana Boga za piecem, a zęby ci szczękały ze strachu, kłap-kłap-kłap... Ja cię znam! Teraz się dopiero